baner(3)
GDYBAMY PSYCHOLOGIA DZIECKA

Po co nam te szlaczki?

5641442562_354c67427e_z

Kółko, kwadrat, dwie kreski, ósemka. Pięć linijek dramatu. Tu ładnie, tam nierówno, tu za linią, tu niestarannie, a tam … niepotrzebnie. Szlaczki to jakaś zmora, kropla w morzu niewłaściwego podejścia do edukacji. Jednak z jakiegoś powodu nadal są w obiegu, nadal się do nich wraca, a w wielu miejscach uznaje za wyznacznik poziomu grafomotorycznego dzieci, które przygotowują się do szkoły. A może powinnam napisać „dzieci, które przygotowywane są do szkoły?”. Bo w sumie, o co chodzi z tymi szlaczkami?

Kiedy byłam małym dzieckiem, bawiłam się z bratem w przeróżne zabawy ruchowe. Większość z nich była sprawdzianem siły, dla mnie naiwnym, dla brata zwykle zwycięskim. Mniej niż wyniki interesowała nas jednak przyjemność z owych siłowanek, pokonywania torów przeszkód i demolowania mieszkania pod nieobecność rodziców. Skakaliśmy jak żaby, robiliśmy taczki, a w ciepłe dni graliśmy w tenisa (czytaj: odbijaliśmy piłkę od ściany bloku zabawkowymi rakietami do gry). Nasze ręce, jak innych dzieci wokół, były wtedy w ciągłym ruchu. Doskonalącym, ćwiczącym, wspomagającym i najlepszym z możliwych. Do tego dochodziły liczne rozrywki manualne, od przypinania prania, przez wyrabianie ciasta, po zabawy w piasku i wiecznie brudne ręce. Wolne ręce, ręce na wolności.

Z jakiegoś powodu, w wielu domach, przedszkolach, szkołach, ręce wtrącono do niewoli. Długopisowo-ołówkowo-szlaczkowej. Linijka po linijce, małe dłonie wyrabiają wzory, które, rzekomo, mają pomóc w nauce pisania. Rzekomo. Bo pisanie, to nie tylko dłoń, ale cała ręka. Na szczęście coraz więcej jest głosów o konieczności zmiany, coraz więcej specjalistów mówi o terapii ręki i znaczeniu rozwoju ruchowego, w dalszym ciągu jednak to za mało. I choć zaczęłam od szlaczków, to tak naprawdę problem sięga jeszcze dalej. Projektujemy dzieci. Projekt Uczeń, Projekt Chodziłpierwszywcałejrodzinie, Projekt Znapięćjęzyków, Projekt Superbystrzak. Od zajęć do zajęć, od stymulacji do stymulacji, szlaczki, literki, kolory i technologie. Bo przecież nie może być w tyle, bo musi, bo już czas, bo inni w jego wieku. Plac zabaw? Szkoda czasu. Park? Zimno, przeziębi się i znowu przepadnie mu angielski. A gdzie nieskrępowany ruch? Gdzie swobodna zabawa? Odkrywanie świata przez doświadczenie, a nie kartki z książek i strony internetu?

Zosia uwielbia bawić się amarantusem. Sypie sobie na głowę, na podłogę, na mnie. Powiedziałam jej kiedyś, że tak pada śnieg, więc na dźwięk tego słowa już piszczy z radości. Czekamy więc na pierwsze płatki i z niecierpliwością wyglądamy za okno. Czy tak go sobie wyobraża? Czy poczuje, że jest zimny i mokry? Czy uda nam się ulepić pierwszego bałwana? Póki co zostaje amarantus, namacalne, nie książkowe wyobrażenie śniegu. Oczywiście ten z książek też ma wartość, ale nie może go doświadczyć, poczuć, dotknąć. Może uczyć się o śniegu, a nie uczyć śniegu. O nim, a nie jego. Podobnie jest ze szlaczkami. Miłośnicy powiedzą, że to trening przed „trzymaniem się w liniaturze”, inni, że bez tego ani rusz. Ok, ale pod jednym warunkiem – że to element, dodatek, a nie jedyne doświadczenie. Pamiętam, jak spotkałam kiedyś sześciolatka, który nie umiał korzystać z nożyczek. Jego rodzice tłumaczyli to tym, że nie chcą, aby coś pociął w domu. Z tego samego powodu nie miał plasteliny i farb. Troska o czystość i przedmioty zwyciężyła nad troską o jego rozwój. To z pewnością skrajny przypadek, ale niestety każdy z nas po cichu, mniej lub bardziej świadomie, funduje dziecku okrojone poznanie rzeczywistości. Dziesiątki zabawek, kolejne zajęcia pozalekcyjne, bodźcowa bomba niedostosowana do wieku i dziki pęd. Wszystko w kierunku jakiegoś właśnie projektu. Umyka gdzieś to, co najważniejsze – ruch i zabawa. Swobodna, po dziecięcemu, według własnych zasad, bez poganiania. Umyka też codzienność i jej doświadczanie. Mokre pranie wyjęte z pralki, drapiąca wycieraczka pod drzwiami, para nad kuchenką i błoto pod blokiem. Codzienność o wiele bardziej wartościowa niż jej książkowy opis, nawet ten w języku angielskim przyswajanym najmodniejszą z metod.

Dłoń nie stworzy „pięknych szlaczków”, jeśli wcześniej cała ręka nie znajdzie dość okazji do ruchu. Palce nie będą sprawne, jeśli wcześniej nie doświadczą różnych faktur, ruchów, temperatur. Nawet największy geniusz nie będzie gotowy do rozpoczęcia szkoły, jeśli wcześniej nie naładuje swojej osoby baterią różnych emocji i doświadczeń wśród ludzi. Dorosły nie zrozumie swojego dziecka, jeśli nie wróci wspomnieniami do lat beztroskiej zabawy, ołtarzyków ze szkiełek i wyprawy na osiedle z kanapką w dłoni. Szlaczki, literki, kolory. Porządek, ład, stymulacja, projekt. To tylko punkciki na mapie poznania i doświadczania, nie cały szlak, lecz właśnie punkciki.

źródło zdjęcia: Alternative Heat, flickr
Poleć ten tekst znajomym
  • Anito, świetny tekst!
    Palce dzieci są teraz zniewolone przez zabawki interaktywne, tablety i ajfony. Taka prawda, bo nie brudzą i nie zrobią dziecku krzywdy.

  • Ola

    Nasza 22 miesieczna mądralińska od początku lepiej wiedziała o tym niż my odrzucając prawie wszystkie zabawki… 😉 najlepsze zabawy są z tego co znajdzie w domu 🙂 apeluje do wszystkich rodziców, pozwólcie dziecku ma samodzielnosć nawet kosztem brudu, bałaganu… Nie róbcie z dzieci kalek 🙁 niedawno rozmawiałam z mama 23 miesiecznej dziewczynki, która sztuccow jeszcze nie miala w rekach, zawsze tylko karmiona. Nasza córka jest miesiąc młodsza, wszystko je sztuccami sama, nawet nie ma opcji jej nakarmic samemu i pewnie, że było brudno, była masakra dookoła, ale to co 🙂 widok rozesmianej zadowolonej corki rekompensuje wszystko 🙂

  • asia

    Super tekst Aniś. Zwłaszcza, że za kilka tygodni zaczynam z przedszkolakami zajęcia, trochę na wyrost nazywane „terapią ręki”. Szlaczki precz! 😉 Za to chyba częściej będę zaglądać do naszej kochanej pani kucharki po jakieś pomoce:)

  • Emilia

    Świetny tekst! 🙂 Dla mnie szlaczki z jednej strony są symbolem skupiania uwagi dziecka na grafomotoryce zamiast nieskrępowanego ruchu całych rąk i ciała w ogóle, a z drugiej schematyczności i ograniczenia kreatywnosci. Ja ogólnie byłam dość sprawna manualnie, lubiłam rysować od dziecka i nawet mi to wychodziło na pewnych etapach życia (gdy się zajmowałam tym bardziej intensywnie). Ale i tak mam „traumę” szlaczkową, po tym jak w przedszkolu, tzn. zerówce wymyśliłam sobie szlaczki, które miały powtarzalny rytm, jak to szlaczki, ale w niektórych miejscach wychodziły poza standardową liniaturę. Nigdy nie zapomniałam komentarzy pań, które rozmawiały potem między sobą, czy mam problemy ze wzrokiem i czy oby na pewno widzę te linijki, że za nie tak bardzo wychodzę. I tak z fajnej zabawy, bo wtedy jeszcze tak to traktowałam, szlaczki stały się jakimś dziwnym obowiązkiem, który przestałam lubić i w szkole miałam problem, jak trzeba było po każdej lekcji wymyślić swój szlaczek. Nie ma to jak wtłaczanie w schematy. A drugim przedszkolnym wspomnieniem związanym z hamowaniem swobody były pytania „co narysowałam”, tak jakby każdy rysunek musiał mieć określoną treść i temat, a nie mógł być po prostu zamalowaniem całej kartki we wzory i kolory, które mi akurat przyszły do głowy.