baner(3)
GDYBAMY

Ustaw się ładnie do zdjęcia

IMG_0493

Mroźna sobota, rodzinny spacer po lesie. Pies szaleje, dziecko śpi, a my brniemy przez zaspy. Wokół nas sanki, bałwany i inne zimowe atrakcje. Obok zasypanych choinek chłopiec lepi coś ze śniegu, a matka robi mu zdjęcia. Nagle słyszę: „Ustaw się tak, jakbyś się dobrze bawił!”. Cyk, cyk, cyk! Jedno zdjęcie, drugie, trzecie, tysięczne! Coś mi tu nie gra…

Ok, sama robię Zosi masę zdjęć. Nie mam nic przeciwko rodzicom, którzy tak robią, bo przecież to pamiątki, czas tak szybko mija, drugiej takiej chwili nie będzie itd. itd. Zastanawiam się jednak często, gdzie jest granica między fotografowaniem a przeżywaniem tych chwil? Czy da się to pogodzić?

Kilka miesięcy temu napisałam na ten temat artykuł do jednego z dziecięcych portali. Przywoływałam tam przykład z mojej pracy, o którym i tutaj chciałabym napisać. W przedszkolu, w którym byłam psychologiem, bardzo często odbywały się różne imprezy, głównie przedstawienia. Jeszcze zanim na salę weszły dzieci, w pierwszych rzędach o miejsca walczyli już fotoreporterzy. Niczym na jakimś tygodniu mody, przepychali się, dyskutowali, zajmowali miejscówki torebkami, szalikami itp. Kiedy na scenę wychodziły dzieci, zaczynał się prawdziwy szał, istny spektakl z udziałem…fleszy. Najbardziej widać to było w dniu pasowania na przedszkolaka – kiedy dziecko wychodziło na środek, a dyrektorka prosiła o brawa, zwykle były to byle jakie, jakby serialowe oklaski. Nic dziwnego skoro najważniejszy widz, czyli rodzic, cykał setki fotek, zamiast krzyczeć brawoooooo i klaskać najgłośniej na świecie.

W kinach leci teraz „Sekretne życie Waltera Mitty”. Film przypominający o tak banalnych sprawach jak realizacja siebie, wyrwanie się z własnych ograniczeń i neurotycznych wizji. Film lekki ale poruszający. Warto go obejrzeć, nie tylko dla samych krajobrazów i ścieżki dźwiękowej. Jest tam taka scena, w której jeden z bohaterów ma szansę zrobić „zdjęcie życia”, a zamiast tego decyduje się po prostu napawać chwilą, której doświadcza. Niby nic wielkiego, a jednak.

* zdjęcie zrobione podczas naszego wesela, autor Robert Rossa

Poleć ten tekst znajomym
  • Po przeczytaniu Twojego tekstu, zdałam sobie sprawę, że właśnie z tego powodu przez wiele lat miałam zachamowania przed robieniem zdjęć. Dzieciństwo miałam „naznaczone” tym ustawianiem się. Tyle, że przecież wtedy było tych klatek 24 lub 36 i wywołanie kosztowało. Teraz, gdy robię zdjęcia staram się to czyńić niezauważalnie dla synka.. Cieszę się na czytanie Twojego bloga i na to, że cię poznam :).

    • 3pluspies

      i wzajemnie 🙂

  • Jak długo nie robię zdjęć, to zauważam, że przestaję myśleć nad tym jak wygląda kadr i cykam i cykam (i pewnie większość użytkowników aparatów cyfrowych tak ma), a potem prawie wszystko usuwam. Na szczęście swoja przygodę z lustrzanką zaczęłam od wypstrykania paru klisz na praktice LTL. O ile bardziej się myśli nad światłem, kadrem, celem, gdy ma się te 24 klatki. Lubię pamiętać obrazami, więc i zdjęcia robić lubię, ale dla swoich dzieci chcę być najpierw pierwszym i najgłośniejszym kibicem;-). Pozdrawiam

    • 3pluspies

      „Lubię pamiętać obrazami, więc i zdjęcia robić lubię, ale dla swoich dzieci chcę być najpierw pierwszym i najgłośniejszym kibicem” – podpisuję się pod tym zdaniem!

      Pozdrawiam również!